Recenzja: “Testament Diabła. 44 historie z życia mistrza”. Gollob o samym sobie

t-gollob-testament-diabla-ksiazka

Review book about Tomasz Gollob – Speedway World Champion from 2010. Only Polish-language text. // Recenzja autobiografii Tomasza Golloba – żużlowego mistrza świata z 2010 roku.

Za kilkanaście dni, 18 kwietnia, na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się pierwszy turniej tegorocznego cyklu FIM Speedway Grand Prix. Fanom żużla wiele wyjaśniać nie trzeba. Dla laików napiszę tylko, że wielkie święto, jakim jest Speedway Grand Prix, to seria zawodów, w których startuje (teoretycznie) najlepsza żużlowa piętnastka globu plus zawodnik otrzymujący na konkretny turniej tzw. dziką kartę, a motocyklista wygrywający klasyfikację końcową ogłoszony zostaje żużlowym mistrzem świata seniorów. Polska może pochwalić się dwoma złotymi medalami, które zdobyli Jerzy Szczakiel (1973 rok; wtedy jeszcze o tytule decydował jednodniowy turniej) oraz Tomasz Gollob (2010 rok). Ten drugi na Stadionie Narodowym zakończy swoją przygodę z mistrzostwami. Książka „Testament Diabła. 44 historie z życia mistrza”, ukazująca się niejako w przededniu tego wydarzenia, podsumowuje prawie trzydziestoletnią karierę sportową urodzonego w Bydgoszczy żużlowca.

Tomasz Gollob dla fanów polskiego żużla to postać wyjątkowa. Człowiek, który swoją jazdą cieszył przez prawie trzy dekady rzesze kibiców na stadionach, którego niemal każda akcja wywoływała najróżniejsze emocje i stany: od aplauzu i euforii, przez wielki ryk radości i łzy (te szczęścia i rozpaczy), aż po chwilową nienawiść. Z premedytacją użyłem słowa chwilową, bowiem Tomasza Golloba trudno było znienawidzić na stałe. Nawet jeśli jeżdżąc w drużynie przeciwnej sprawiał, że twój ulubiony klub przegrywał, nie byłeś w stanie rzucić w jego stronę choćby jednego przekleństwa. Nie tyle, że nie pozwalała na to kultura osobista (stadion to nie teatr, jakieś słowo na „k” od czasu do czasu się przecież wymsknie, prawda?); po prostu w stosunku do tak utytułowanego zawodnika nie wypadało odnosić się w ten sposób. Gollob swoją jazdą zyskiwał uznanie w oczach kibiców po obu stronach barykady. Jeździł dla konkretnego klubu, swoją postawą na torze cieszył jednak wszystkich. Oczywiście, jak to w polskim bagienku bywa, zdarzały się pojedyncze przejawy niechęci. Ostatnie miały miejsce chociażby w sytuacji, kiedy ten podpisał kontrakt z toruńskim Unibaxem. Kością niezgody był oczywiście fakt pochodzenia Golloba, który urodził się w nielubianej w Grodzie Kopernika Bydgoszczy i przez długie lata reprezentował barwy tamtejszej Polonii. Są to jednak przypadki incydentalne, które należy przemilczeć, nie zaś wyciągać na pierwszy plan. Niech o szacunku kibiców dla Golloba świadczą chociażby sceny, jakie corocznie mają miejsce w moim rodzinnym Tarnowie, gdzie „Chydy” (jak ze względu na swoją szczupłą sylwetkę nazywany jest żużlowiec) otrzymuje zawsze sporą porcję braw, będąc witanym przez miejscowych sympatyków nawet z większym uznaniem niż żużlowcy aktualnie reprezentujący małopolski klub.

Gollob w Tarnowie to osobna historia. Historia dotycząca również mnie. Nie będę ukrywał, że moim numerem jeden zawsze była koszykówka, którą zacząłem interesować się będąc dzieckiem. Jak każdy małolat na początku kopałem piłkę, ale nie wciągnęło mnie. Miałem jednak to szczęście, że ojciec interesował się sportem i to dosłownie niemal każdą jego dyscypliną: od boksu, który uprawiał w młodości, przez inne sporty walki (judo, zapasy), siatkówkę, futbol, po żużel, a nawet lekkoatletykę. Weekendy zawsze mieliśmy zaplanowane bardzo szczegółowo. W zależności od pory roku nasz dzień wypełniały albo zawody halowe, albo te uprawiane na świeżym powietrzu. Kibicowanie pełną gębą do tego stopnia, że w szkole podstawowej wiedziałem więcej o lokalnych klubach niż dzisiaj. W wieku bodaj pięciu lat zostałem zaprowadzony na stadion żużlowy. To były jeszcze czasy, kiedy motocykle były faktycznie głośne. Nie spodobało mi się. Hałas był zbyt duży. Poprosiłem ojca, żebyśmy wyszli. Nie protestował. Starsza o osiem lat siostra, która od początku była dużym sympatykiem czarnego sportu, opuszczała stadion jednak niechętnie. Od tamtego wydarzenia uczestnictwo w meczu żużlowym nie było mi już proponowane. W moim sercu na stałe zagościła koszykówka. Aż do 2004 roku. Wtedy z miejscową Unią kontrakt podpisali szwedzki champion Tony Rickardsson (był to wielki powrót zawodnika do Tarnowa, mający stanowić ukoronowanie długoletniej kariery) oraz bracia Jacek i Tomasz Gollobowie. Ci drudzy po wielu sezonach spędzonych w Bydgoszczy zmuszeni byli do zmiany otoczenia. Całą sprawę sam sportowiec przybliża w historiach numer 35 („Bydgoszcz moja miłość”, s. 172) i 37 („Obietnica dana przyjacielowi”, s. 183). Wtedy na stadion przy ulicy Zbylitowskiej zawitałem drugi raz w życiu. Nie będę ukrywał – ściągnął mnie Gollob i magia, jaką roztaczał dookoła siebie. Tak, byłem przez pierwsze dwa lata typowym kibicem sukcesu. Jednak jak wielu innych, którzy po dwóch mistrzowskich sezonach zrezygnowali z dopingowania, ja nie przestałem chodzić na mecze. Przeżyłem spadki do niższych lig i ponowne awanse. Trzymałem kciuki w chwilach, kiedy „Jaskółki” przegrywały i jak gromiły swoich rywali. Nagrodą za to były niewątpliwie ostatnie sezony, kiedy drużyna zdobyła złoto i dwa brązowe medale, ponownie zaczynając liczyć się w żużlowej grze. Nie będzie zatem żadnym zaskoczeniem, że Tomasz Gollob to dla mnie postać wyjątkowa, dzięki której przy drugim podejściu (już jako nastolatek) zacząłem pałać do speedwaya sympatią. Jego biografia trafiła w moje ręce zatem nieprzypadkowo.

Z Tomaszem Gollobem (sierpień 2013 r.)

Z Tomaszem Gollobem (sierpień 2013 r.)

„Testament Diabła. 44 historie z życia mistrza” (tytuł wziął się od testamentu spisanego przez żużlowca przed mistrzowskim sezonem w 2010 roku oraz od przezwiska, jakim koledzy nazywali młodego Tomka) to książka dobra, ale nie wybitna, jak zaczęli o niej pisać recenzenci i dziennikarze sportowi (jeśli już miałbym takim określeniem opisać sportową biografię, to z niedawnych nowości byłaby to raczej „Myślę, więc gram” włoskiego piłkarza A. Pirlo). Dla fana, którzy śledzi karierę Golloba, sporo zaprezentowanych tutaj rzeczy nie jest niczym nowym. Pojawiają się nawet fragmenty jakby żywcem wyjęte z wywiadów, jakich przez lata kariery mistrz udzielił przecież setki. Całość oparta została na dwugłosie, a narrację w poszczególnych momentach prowadzą albo żużlowiec, albo współautor Dariusz Ostafiński. Jako kibica czarnego sportu martwi mnie szczególnie udział w projekcie dziennikarza „Przeglądu Sportowego”. Jest to bowiem osoba, która – i nie jestem w tej opinii osamotniony – do speedwaya podchodzi strasznie schematycznie, a i pisać zbytnio także nie potrafi. Żaden, dosłownie ŻADEN tekst Ostafińskiego na przestrzeni ostatnich kilku sezonów nie zaciekawił mnie na tyle, aby go dokończyć z chęci, a nie przymusu („jak już zacząłem, to doczytam do końca”). Słaby warsztat dziennikarski ujawnia się również w „Testamencie Diabła”.

Książka podzielona została na tytułowe czterdzieści cztery historie odsłaniające kolejne etapy kariery Golloba. Z jednej strony to duży plus, bowiem sięgać można po nie wybiórczo. Każda z nich jest autonomiczną częścią, dającą czytelnikowi pełny obraz omawianej kwestii. Problem pojawia się w chwili, kiedy czytamy „Testament Diabła” od przysłowiowej deski do deski. Uważam, że znaczny procent czytelników wybierze taki sposób obcowania z książką, dlatego też nie podoba mi się zabieg stosowany na przykład przez Ostafińskiego, który niemal co krok powraca do tych samych wątków. Ile razy wałkowany jest wypadek samochodowy? W ilu miejscach dziennikarz nawiązuje do tzw. „koalicji” zagranicznych zawodników zawiązanej przeciwko Gollobowi w Grand Prix? Za dużo! Zdecydowanie za dużo. Przez to lektura biografii żużlowca zwyczajnie traci na wartości. Osoba, która sięgnęła po książkę, widząc jak współautor powraca kolejny raz do tego samego wydarzenia z życia sportowca, myśli “Przecież ja o tym przed chwilą czytałem” i traci na moment zainteresowanie lekturą. Na moment, ponieważ ratunkiem okazuje się kolejny fragment pisany już przez samego Golloba, w którym multimedalista porusza nowy wątek swojej żużlowej kariery. Tak, to prawda – Tomasz Gollob o wiele lepiej sprawdza się tutaj jako autor. Duży wpływ na to ma zapewne fakt, że to w końcu czterdzieści cztery historie z jego życia (będąc dokładnym to czterdzieści dwie, bowiem jeden rozdział poświęcony został mini reportażowi Ostafińskiego z wizyty u matki mistrza, a całość kończy fragment napisany przez córkę sportowca, Wiktorię). Nie wierzę, że nie obyło się bez kosmetyki i poprawek korektora, ale i tak te autobiograficzne części stanowią same w sobie haczyk, na który – niczym ryba – łapię się, chcąc więcej i więcej. Od Golloba-autora bije pasja, energia, kiedy trzeba pulsują emocje lub emanuje spokój i chłód – dokładnie tak, jak na żużlowym owalu. Przykładem chociażby ocierający się o czarny humor fragment, kiedy sportowiec przybliża historię swojej wrocławskiej kraksy z 1999 roku na tydzień przed ważnymi zawodami w Vojens: „Po wypadku we Wrocławiu przetransportowali mnie do szpitala w Bydgoszczy na leczenie. Wstrząs mózgu był ciągle tak silny, że nie kontaktowałem. Kiedy wychodziliśmy z karetki, wszyscy poszli w prawo, a ja w lewo” (s. 101). W lewo – cóż, nie oszukasz natury żużlowca od lat jeżdżącego po torze tylko lewo. Dziennikarz „Przeglądu Sportowego” wprowadza natomiast marazm, nudę i zachowawczość, a więc cechy, przed którym speedway zawsze się bronił. Do tego wszystkiego sporo wpadek interpunkcyjnych i błędów szyku zdania, które komuś takiemu nie powinny się zdarzać (inna sprawa: gdzie był korektor?).

Uzupełnieniem książki są jeszcze: (słaby) wstęp autorstwa Zbigniewa Bońka – wybitnego polskiego piłkarza, dzisiaj prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, wieloletniego przyjaciela Golloba, oraz kilkanaście stron z kolorowymi zdjęciami fotoreportera Jacka Pabijana, który karierę żużlowca “śledzi od pierwszych okrążeń na stadionie Polonii w Bydgoszczy” (s. 228).

To druga książka o Tomaszu Gollobie jaką miałem okazję przeczytać. Wcześniejszej (“Gollob mistrzem świata. Historia prawdziwa”, 2010), napisanej przez Grzegorza Ślaka – biznesmena, który wyłożył pieniądze na sprowadzenie sportowca do Tarnowa – nie polecam z dwóch prostych powodu: zbyt przekoloryzowana i kiepska językowo (jeśli w okolicach 20-30 strony nie będziecie czuli zmęczenia, jesteście, jak Gollob, prawdziwymi mistrzami świata). “Testament Diabła” wyprzedza tamtą publikację – posługując się żużlowym żargonem – o całą prostą, stanowiąc doskonałe podsumowanie kariery obecnego zawodnika GKM-u Grudziądz. Oczywiście można mieć pretensje, że Gollob skupia się niemal wyłącznie na aspektach sportowych, pozostawiając dalej owiane tajemnicą kwestie rodzinne (jak np. rzekome i nigdy niepotwierdzone grożenie żonie pistoletem i zmuszenie jej do parafowania umowy kredytowej). Gdzieś ta mroczna strona tytułowego Diabła zostaje przez to utrwalona, dając nadzieję na kontynuację. W jakiej formie? Sportowej, jak 18 kwietnia, czy też innej? O tym poinformuje nas już jednak przyszłość i sam Tomasz Gollob. (MAK)

Tomasz Gollob złożył autograf na książce w 2015 roku przed meczem Unia Tarnów - GKM Grudziądz

Tomasz Gollob złożył autograf na książce w 2015 roku przed meczem Unia Tarnów – GKM Grudziądz

Tomasz Gollob, Dariusz Ostafiński, „Testament Diabła. 44 historie z życia mistrza”, wyd. Ringier Axel Springer Polska, Warszawa 2015.

Tekst ukazał się pierwotnie na moim blogu Jeszcze Kwadrans: link. Zachowując jednak jednolitość tematyczną, od teraz książki sportowe recenzował będę na łamach tej strony.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s